Zwycięskie opowiadanie konursowe

Przedstawiamy zwycięskie opowiadanie które zajęło 2 miejsce w konkursie organizowanym razem z wydawnictwem Papierowy Księżyc.

Autor: Patryk Piłat.

Galway, Irlandia.

Stiles uciekał. Nie był to pierwszy raz kiedy ratował życie oddalając się od zagrożenia tak daleko, jak tylko było to możliwe. Właściwie odkąd jego najlepszy przyjaciel Scott został ugryziony przez wilkołaka ,uciekanie stało się podstawowym sportem i sposobem na przetrwanie w zagmatwanym świecie Beacon Hills. Teraz jednak zarówno Scott jak i reszta przyjaciół byli daleko. Po drugiej stronie oceanu. Nikt  z jego najbliższych nie pojawi się w cudowny sposób by uratować życie Stiles’a. Zginie tu, na obcej ziemi z dala od tych, których kocha najbardziej. Do tego ta pogoda. Odkąd samolot ze Stilinskim na pokładzie zbliżył się do wybrzeży Irlandii wszystko szło nie tak jak miało być. Zamiast lądowania w Dublinie gdzie mieszkała daleka krewa Stiles’a samolot z powodu warunków atmosferycznych został skierowany na lotnisko w Shannon, po odbyciu odprawy i pierwszym szoku jaki wywołała ściana deszczu bezlitośnie siekąca lotnisko i wszystko w około, okazało się, że jego ojciec, szeryf z Beacon Hills zapłacił synowi za hotel, ale w Galway. Mieście oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od lotniska, na którym wylądował samolot z pechowym Stilinskim na pokładzie. Chcąc nie chcąc, klnąc pod nosem jak szewc na pogodę, i zaczynając odczuwać skutki zmiany strefy czasowej Stiles wsiadł w autobus, który miał go zawieźć do Galway.
Gdy dotarli na miejsce Stilinski niewiele był w stanie zobaczyć, ściana deszczu wydawała się podążać w ślad za autobusem nie pozwalając na podziwianie widoków. Poza tym, była prawie czwarta nad ranem czasu miejscowego i ulice świeciły pustkami.
-Dziękuję-rzucił Stiles do kierowcy wysiadając. Następnie udał się wolnym krokiem w stronę postoju taksówek, który znajdował się tuż naprzeciwko głównych drzwi stacji autobusowej. Był bardzo zmęczony i miał nadzieję, że Ojciec jeszcze nie śpi czekając na informację od syna. Nie chciał go budzić. Wydarzenia ostatniego roku bardzo dały mu się w kość. Stiles był pewien, że jego tata nadal ma ulotną nadzieję iż cały ten nadnaturalny galimatias okaże się tylko złym snem. W końcu dawniej Beacon Hills było spokojnym miasteczkiem, bez masowych morderstw i stworzeń nocy grasujących po ulicach. Marzenia marzeniami a rzeczywistość okazała się dużo bardziej skomplikowana i brutalna niż większość ludzi zdawała sobie sprawę. Wilkołaki, Kanimy, starożytne duchy i wiele innych istot istniały naprawdę. Mijane na ulicy wyglądały jak ludzie i dopiero gdy okazywały swą prawdziwą naturę dochodziło do bólu i śmierci. Znacznej ilości zgonów.
Dlatego też ojciec Stilesa ,jako szeryf miasteczka gdzie to wszystko miało miejsce był tak bardzo zmęczony. Do tego dochodziła konieczność zachowania tajemnicy. Tajemnicy, która jeśli by się wydała przyniosłaby jeszcze więcej cierpienia. Każdy ma swoje granice wytrzymałości i Stilinski obawiał się, że jego tata szybko zbliża się do tej krawędzi.
Stiles zarzucił sobie torbę na ramię i wybrał numer. Ojciec odebrał po trzech sygnałach. Dobrze oznacza, że jeszcze nie spał.
-Stiles, dotarłeś na miejsce? – głos ojca wydawał się odległy i mechaniczny.
-Jestem już w Galway. Idę właśnie po taksówkę. Gdy dotrę na miejsce dam ci znać.
-Nie musisz, idź spać, na pewno jesteś zmęczony podróżą. Odezwij się kiedy się wyśpisz.
-Dobrze. Trzymaj się tato i też się prześpij. Przyda Ci się to.-Powiedział Stiles mając nadzieję, że jego ojciec zastosuję się do tej rady.
-Nie mogę, mamy tu urwanie głowy. Zaginęła młoda dziewczyna i wszyscy jej szukają.
-Poproś o pomoc Scotta, jeśli ktoś może trafić na trop zaginionej, to właśnie on-z przekonaniem powiedział Stiles. W końcu jego najlepszy przyjaciel był wilkołakiem  i to nie byle jakim. Był Prawdziwym Alphą, gwiazdą pośród potworów.
-Poprosiłem, złapał trop, ale zgubił go w lasach na północ od miasta, teraz próbuje innego podejścia.
-Słuchaj tato, mogę wsiąść w następny samolot i za kilkanaście godzin będę z powrotem-nadzieja w głosie Stilsa musiała być aż nad wyraz słyszalna, bo zachowanie starszego Stilinskiego diametralnie się zmieniło.
-Synu, rozmawialiśmy już o tym! Potrzebujesz odpocząć po tym, co się ostatnio stało. Nogitsune mógł wyrządzić szkody, o których nawet nie mamy pojęcia. Masz zostać w Irlandii do końca miesiąca. Gdy tylko się prześpisz kup bilet do Dublina. Ciotka Eleonore czeka na ciebie-głos szeryfa był twardy i chłodny. Stilies znał ten ton. Wiedział, że nie zmieni decyzji ojca.
-Trzy dni temu nawet nie widziałem, że mam tu rodzinę, a teraz każesz mi przebywać po drugiej stronie oceanu w kraju, o którym nie wiele wiem i z ludźmi, których nie znam!-zmęczenie podróż i stres ostatnich tygodni sprawiło, że młody Stilinski bardzo szybko wpadał w złość.
-Koniec dyskusji Stiles! Robię, to dla Twojego dobra. Zadzwoń jak wstaniesz. Dobranoc.- po sekundzie słychać było sygnał przerwanego połączenia.
Niech to diabli, pomyślał Stilinski. Ojciec nie miał prawa decydować za mnie. Do tego jeszcze Scott oraz reszta grupy uważa, że potrzeba mi tego odpoczynku. Jak to określiła Malia? „Stiles, raz już ześwirowałeś. Potrzebujesz oderwać się od tego wszystkiego. Mimo wszystkich swoich zalet jesteś tylko człowiekiem”  Miała rację , był najsłabszym ogniwem w grupie. Jego rany, zarówno fizyczne jak i psychiczne goiły się znacznie wolniej niż u reszty. Poza tym, Nogitsune przez ten czas gdy „używał” ciała i umysłu Stiles’a jako narzędzi narobił sporych szkód. Stilinski nikomu o tym nie wspominał, ale nawet teraz, gdy wszystko już minęło nadal miewał koszmary, po których nie mógł spać po kilka dni. Miał nadzieję, że uda mu się ukryć ten fakt. Jednak teraz, stojąc na Irlandzkiej ziemi zdał sobie sprawę, że cała ta wyprawa za ocean była spowodowana właśnie tymi problemami, o których nie wspomniał nikomu. Gdy dotarła do niego ta świadomość zrobiło mu się cieplej na sercu. Trochę.
Podszedł do pierwszej taksówki z brzegu, zaraz przy wyjściu ze stacji. Nadal lało a do tego zaczynało mocno wiać.
-Dobry wieczór, gdzie pana zawieźć?- rzucił kierowca taksówki przez uchyloną szybkę.
Stiles nadal był w lekkim szoku po tym jak pierwszy raz jechał po złej stronie drogi. Nawet jako pasażer robiło to na nim odpowiednie wrażenie. Dlatego też minęło kilka sekund, podczas których kierowca zmarszczył brwi i już miał powtórzyć pytanie gdy Stilinski się odezwał.
-Proszę-powiedział podając kierowcy nazwę hotelu zapisaną na kartce-tutaj mam się zatrzymać.
Taksiarz spojrzał na adres po czym otworzył klapę bagażnika i wysiadł żeby pomóc chłopakowi załadować torby.
Taksówkarz był wysokim mężczyzną w średnim wieku, szczupłym, który nawet się nie skrzywił wysiadając z ciepłego samochodu na deszczową noc.
Gdy wsiedli do środka Stilinski poczuł ciepło i to jak bardzo był zmęczony. Oczy zaczynały mu się kleić gdy kierowca zaczął manewrować samochodem. Cichy odgłos pracującego silnika jeszcze bardziej usypiał młodego Stilinskiego. Taksówkarz widząc w jakim stanie jest jego pasażer przezornie ściszył radio i nie odzywał się.
Stiles zapadł w sen. Płytki, niemalże świadomy. Nie był to jednak kolejny koszmar o Nogitsune. To była tylko pustka. Bez obrazów, bez pamięci.
Nagle ze snu wyrwało go potężne szarpnięcie oraz dźwięk rozdzieranego metalu. Otworzył gwałtownie oczy i zdążył zauważyć ścianę budynku przed nimi, która zbliżała się, a właściwie, do której zbliżali się oni w zatrważającym tempie. Huknęło jeszcze głośniej a dzięki pasom młody Stilinski nie wyleciał przez przednią szybę. Mimo to bardzo boleśnie odczuł na swoich żebrach siłę uderzenia. Kierowca nie miał takiego szczęścia. W świetle ulicznej latarni, w której cieniu stali widać było, że taksówkarz nie żyje. Nie chodziło tu tylko o to, że się nie ruszał. Cokolwiek go trafiło prawie urwało mu głowę, robiąc w niej przy okazji wielką dziurę. Stiles nadal był w szoku, mimo to zdał sobie sprawę, że czerwono szary płyn na jego twarzy i ubraniu, to nie farba. Szarpnął za klamkę od strony pasażera i wypadł z samochodu. Wyczucie czasu miał idealne. Gdy tylko wpadł w kałuże błota mimo deszczu usłyszał wyraźnie ciche pyknięcia. Stłumione odgłosy rozprężającego się gazu. Ktoś ostrzeliwał samochód używając broni z tłumikiem! Stiles wiedział jak brzmi taka broń. Jakiś czas temu Chris Argent ojciec Alison pokazywał Scottowi i Stilesowi różne rodzaje broni z jakich korzystają łowcy. Był tam karabin z tłumikiem, który wydawał bardzo podobne odgłosy. Stiles skulił się w kałuży i zasłonił głowę rękoma modląc się by żadna kula nie znalazła drogi do jego ciała. Kanonada ustał równie szybko i gwałtownie jak się zaczęła. Sekundy temu słychać było jęki metalu i mdlący odgłos kul trafiających w tkankę po czym nastała kompletna cisza.
Stiles podniósł głowę odrobinę, próbując dojrzeć kto do nich strzelał.
Zza ściany deszczy wyłoniło się pięć postaci. Nie rozpoznał żadnych szczegółów dopóki nie staneli w kręgu światła rzuconego przez lampę. Pięcioro zamaskowanych mężczyzn sądząc po budowie. Szli cicho w luźnym szyku. Stiles opuścił głowę mając nadzieję, że go nie zauważyli. Jak zawsze, nadzieja w takich wypadkach okazała się płonna.
-wychodź z rękoma nad głową, chcę Cię zobaczyć-głos tego kto to powiedział był zimny i władczy. Bez modulacji, niczym u maszyny.
Stiles podniósł ręce do góry i powoli podniósł się na nogi. Podczas uderzania albo później musiał stłuc sobie kolano, bo teraz zaczynało boleć niemiłosiernie.
Nie miał pojęcia, w której części Galway się znajdował. Deszcz padał tak gęsto, że nie widział niczego w promieniu kilkunastu metrów. Stilinski gorączkowo rozważał swoje opcje. Nie miał pojęcia kim byli napastnicy, ani dlaczego zabili kierowcę, chociaż określenie rozerwali na strzępy bardziej by tu pasowało. Nie chodziło o niego, to pewne. Stiles Stilinski miał po prostu pecha. Po raz kolejny znalazł się nie tam gdzie powinien. Pech, który mógł go kosztować życie.
Ucieczka również nie wchodziła w grę. Może gdyby było ciemno a ich było tylko dwoje Stilies zaryzykowałby szaleńczy pęd jak najdalej od tego horroru. Może, ale zamiast tego napastników było pięcioro, przynajmniej tych, których widział, a do tego mieli broń i sądząc po sprawności, również odpowiednie przeszkolenie. Scotta i reszty grupy również tu nie było. Stiles mógł zrobić tylko jedno. Mozolnie podniósł się z kolan i z rękoma w górze powoli zaczął zbliżać się w stronę zabójców. Jeden z nich wyszedł mu na spotkanie. Mimo latarni Stiles nie mógł odróżnić szczegółów jego stroju. Był matowo czarny, góra przypominała kształtem kamizelkę taktyczną jaką chłopak widywał czasami na posterunku gdy odwiedzał ojca. Dół był takiego samego koloru również bez znaków szczególnych. Maska jaką nosił napastnik składała się z czarnych odblaskowych gogli i czegoś, co przypominało spodnią część maski hokejowej. Zero emblematów, naszywek. Nic. Zabójca stał przez chwilę patrząc na Stilinskiego po czym błyskawicznym ruchem uderzył go w żołądek. Chłopak poczuł jak całe powietrze uchodzi mu z płuc a dolna część brzucha zmienia się w kulę bólu. Padł na kolana, by po chwili zwinąć się w kłębek u stóp napastnika. Z trudem chwytał ustami powietrze próbując równocześnie nie zemdleć. Jeden z napastników powiedział coś w języku, którego chłopak nie rozpoznawał, ten który go uderzył odpowiedział spokojnie po czym spojrzał na Stilinskiego jeszcze raz i zaatakował . Stiles nie zdążył nawet zarejestrować jego ruchu gdy świat wybuchł a po chwili nie było już nic prócz ciemności.

Pierwsze, co poczuł, to ból. Bolała go cała głowa i prawa ręka. Niemiłosierne łupanie pod czaszką  zmieniało swoją intensywność i rytm. Raz, było to dudniące walenie, ogłuszające i przytępiające zmysły. Po chwili intensywny ból ustawał stając się tylko cieniem poprzednika. Lekkie ćmienie w okolicach skroni pozwalało skupić myśli i obserwować oraz czuć. Stiles nie miał pojęcia gdzie jest oraz kim są ludzie, którzy zastrzelili taksówkarza. Co więcej nie potrafił zrozumieć czego mogli chcieć od niego samego. Nie był nikim więcej niż tylko świadkiem morderstwa. Zabójstwa dokonanego z zimną precyzją i wprawą. To właśnie najbardziej przerażało chłopka. Nie sama śmierć. Ją widywał w swoim życiu już wiele razy, pod wieloma postaciami i z wielu powodów. Zazwyczaj jednak miała jeden wspólny mianownik. Była impulsywna, pełna złości. Spowodowana instynktem i uczuciami. To co się stało z kierowcą było inne. Drobiazgowo zaplanowane i wykonane z kliniczną precyzją. Bezduszne. Stilinski był pewien, że napastnicy to żołnierze. Ich działania przypominały mu ćwiczenia oddziałów S.W.A.T’u, które widział kiedyś razem z ojcem. Chłopak był pewien, że napastnicy, kimkolwiek byli, przeszli odpowiednie przeszkolenie, a co za tym idzie mieli konkretny powód by zostawić go przy życiu.
Stiles miał opaskę na oczach. Wprawnie zawiązaną, nie pozwalającą mu na zobaczenie czegokolwiek. Pozostałe zmysły również nie spełniały pokładanych w nich nadziei. Z jakiegoś powodu zarówno słuch jak i zmysł węchu miał przytępione. Nie miał pojęcia czy ten stan spowodowany był uderzeniem, które otrzymał, czy też może podano mu jakieś środki. Wiedział, że jest przywiązany do krzesła a jedyna część ciała, którą mógł w miarę swobodnie poruszać, to głowa. Kimkolwiek byli, znali się na rzeczy.
Ktoś w końcu zdjął mu opaskę. Potrzebował chwili czasu na to by jego oczy przyzwyczaiły się do światła rzucanego przez małą halogenową lampę, która stała na składanym stoliku. Stolik dzieliło od Stilesa kilka metrów. Poza lampką i stolikiem reszta pomieszczenia tonęła w mroku. Za stolikiem stał jeden z napastników. Tym razem bez maski.
Miał pobrużdżoną zmarszczkami twarz z gęstą siwą brodą, schludnie przyciętą tuż przy linii szczęki. Kącik jego prawego oka przecinała długa blizna. Na tyle świeża, że odcinała się wyraźnie od reszty skóry. Oczy mężczyzny były jasnoszare i równie żywe, co nagrobki na cmentarzu.
Patrzył na Stilesa nic nie mówiąc, nie mrugając i sprawiając, że ręce chłopaka zaczęły się pocić ze zdenerwowania.
Stilinski miał dość tej przejmującej ciszy i na tyle pewnym głosem, na ile było go stać zapytał.
-Kim jesteście i czego ode mnie chcecie?
Nieznajomy nie odpowiedział od razu. Jednak gdy to zrobił Stiles rozpoznał głos tego, który wydał mu wcześniej rozkaz. Jego głos idealnie pasował do oczu.
-Dowiesz się wszystkiego. Najpierw jednak powiedz mi, co masz wspólnego z wilkołakami? Nie jesteś jednym z nich. Mimo to aż cuchniesz odorem tych bestii.
Stilinski zdębiał. Nie miał pojęcia skąd nieznajomy żołnierz na drugim na drugim krańcu oceanu miał pojęcie o tym kim są jego przyjaciele. Nawet jeśli należał do łowców, to i tak nie powinien wiedzieć o tym z kim zadaje się Silinki. To nie miało żadnego sensu. Kierowca taksówki był ich celem, nie Stiles. Cała ta akcja była drobiazgowo zaplanowana i na pewno nie pozwoliliby sobie na przypadkowość. Poza tym, gdyby chcieli go porwać mogli to zrobić w innych bardziej dogodnych miejscach. Taksówkarz był celem, ale Stiles w jakiś sposób powiązany był z powodem, dla którego kierowce rozsiekły kule. No i co oznaczało te słowa, że Stilinski cuchnie odorem tych bestii? O ile wiedział Wilkołaki nie wydzielały jakiegoś specjalnego zapachu, który można było łatewo rozpoznać.  Wszystkie te pytania i totalne zaskoczenie musiały być bardzo widoczne na twarzy chłopaka bo zabójca roześmiał się krótko, co przypominało szczekanie psa.
-Panie Stilinski, niech się pan nie wysila. Nie ma pan w głowie odpowiedzi, których pan szuka. Nie z braku inteligencji, bo tej jestem pewien panu nie zbywa. Po prostu brak wiedzy jest tym co pana blokuje. Sprawdziliśmy pana. Syn szeryfa, szesnaście lat zamieszkały w Beacon Hills w U.S.A. Brak kartoteki, nie wyróżniający się zarówno w nauce jak i sporcie. Ot kolejny nastolatek z małego miasteczka. Nic specjalnego można by pomyśleć. Wystarczyło jednak głębiej poszukać by zauważyć, że bardzo często w około pana giną ludzie. Mimo ewidentnych fałszerstw zarówno w raportach lekarza jak i pana ojca, nie udało się całkowicie ukryć faktu, że tam gdzie pojawia się pan lub pana przyjaciele dzieje się coś złego. Pan McCall jest oczywiście Alphą swojej grupy, reszta to jego podwładni, lub istoty z nim powiązane. Nie mogę jednak zrozumieć pana pozycji w tej grupie. Jest pan człowiekiem, sprawdziliśmy, mimo to ewidentnie przyjaźni się pan z potworami. Nie jest pan też kolejnym psycho fanem, któremu wydaje się, że życie istoty nocy, to coś wspaniałego. To wszystko sprowadza mnie do pytania-kim jesteś panie Stilinski i dlaczego jesteś taki wyjątkowy?
Stiles myślał. Budował i odrzucał jedno kłamstwo za drugim. Zabójcy wiedzieli o tym kim, a właściwie czym byli jego przyjaciele. Mało tego mieli dostęp do danych zarówno Policji jak i raportów ze szpitala. Mieli dojścia i wiedzę a Stiles nie miał nic. Nic na czym mógłby oprzeć swoje kłamstwo. Postanowił więc zaryzykować.
-Wie pan o mnie bardzo dużo. Ja jednak nie mam pojęcia kim jesteście i czego ode mnie chcecie. Jeśli chce pan żeby coś panu dał, proszę zrobić to samo. Potrzebuję odpowiedzi.
-Dobrze panie Stilinski. Niech i tak będzie. Jesteśmy Hunters noční můry. Elitarną gupą zajmującą się polowaniami na wszelkieg rodzaju zło jakie pleni sie na tym świecie. Polujemy i zabijamy wszystko, co ma zęby, kły i ludzi na rękach.
Widzi pan panie Stilinski. Matka natura jest bardzo przewrotna. Wydawać by się mogło, że ludzie nie mają szans w starciu z istotami nocy, że jesteśmy tylko zwierzyną łowną. Nic bardziej mylnego w każdym pokoleniu rodzą się ludzie, którzy mają zmysły pozwalające im widzieć lub czuć prawdziwą naturę rzeczy. Mimo kamuflażu jaki posiadają Wilkołaki czy inne potwory, my widzimy kim są naprawdę i polujemy na nie bez litości!

Stiles miał odpowiedź na końcu języka. Otwierał usta by powiedzieć, co myśli o opowieści zabójcy gdy nagle rozległ się kolejny głos i wszystko się zmieniło.
-Nie jesteście nikim więcej niż bandą morderców, dla których cel uświęca środki-Głos nowego uczestnika rozmowy był głęboki i mroczny niczym sama noc. Wydawało się, że pod powierzchnią kipi ogromna, powstrzymywana furia.
Zabójca, z którym rozmawiał Stilinski zareagował błyskawicznie. Wydobył pistolet z kabury, którą nosił przy pasie i oddał serię strzałów w kierunku skąd doleciał głos. Potem powiedział coś w nieznajomym, gardłowym języku i miejsce zalała fala światła. Stiles zauważył, że siedzi przypięty do krzesła pośrodku pustej hali magazynowej. Było to ogromne, puste pomieszczenie z zasłoniętymi oknami. Po lewej Stilinskiego widać było drzwi z rozwalonym zamkiem magnetycznym. Hala była na tyle wysoka, ze światło lamp nie docierało pod jej sufit. Tam zalegała ciemność. Zarówno Stilinskiego jak i jego rozmówcę otaczało ośmioro mężczyzn w grupach po czterech. Oni również poderwali broń kierując ją w kierunku źródła głosu. Nic to jednak nie dało. Przyszła po nich śmierć.
Grupa zabójców została zaatakowana przez coś, z czym nie mieli żadnych szans. Mimo przewagi w postaci uzbrojenia, liczebności oraz wyszkolenia nie mogli nic zrobić. Próbowali.
Pierwszy zginął ten stający najbardziej na lewo od Stilesa. Nagle z ciemność pod sufitem spadł na niego mężczyzna. Wylądował mu kolanami na kręgosłupie łamiąc go w jednej chwili. Zanim ciało upadło napastnik był już na nogach. Stojący najbliżej niego zabójca nie miał miejsca żeby wycelować, próbował uderzyć kolbą w głowę atakującego, ten jednak, nadal w półprzysiadzie minął jego uderzenie samemu kontrując nisko. Trafił ubranego na czarno zabójcę tuż przy dolnej krawędzi kamizelki, tą samą ręką prowadząc dalej ruch zgiął  w łokciu i trzasnął nim w szczękę mężczyzny. Kręgi pękły jak zapałki. Napastnik jednak nie pozwolił ciału upaść złapał je lewą rękę i pchnął w kierunku kolejnych dwóch żołnierzy, którzy właśnie brali go na cel. Pchnął nie było dobrym określeniem. Właściwie to rzucił ciałem zabitego jakby te nic nie ważyło. Zabójcy zostali powaleni chwilowo niezdolni do walki. Nieznajomy był już w ruchu. Zołnierze ze względu na krótki dystans oraz Stilesa przywiązanego do krzesła nie mogli użyć broni palnej. Napsatnik wykorzystał to i już był między nimi.  Lewą ręką, z łokciem skierowanym w  dół zbił prosty, którym zaatakował go jeden z zabójców, jednocześnie zrobił mały krok pod kątem czterdziestu pięciu stopni i potężnie kopnął łowcę stojącego dalej w grupie. Błyskawicznie cofnął lewą rękę i krawędzią dłoni trafił żołnierza, przy którym stał w szyję. Uderzenie było tak potężne, że zabójca padł jak ścięte drzewo. To właśnie jego ciało wpadło na Stilesa i przewróciło go razem z jego krzesłem łamiąc je w drobny mak. Stilinski leżał sekundę oszołomiony na ziemi patrząc na sceny rozgrywające się przed nim. Kimkolwiek był napastnik na pewno nie był człowiekiem. Jego siła, szybkość i furia podczas zadawania ciosów nie miały w sobie nic ludzkiego. Mając cenne sekundy Stiles mógł przyjrzeć się temu, który porwał się sam jeden na dziewięcioro uzbrojonych po zęby żabójców. Nie był wysoki ani potężnie zbudowany, raczej średniego wzrostu z szerokimi barkami i wąskimi biodrami. Miał krótko obcięte szpakowate włosy. Przez mgnienie widział jego twarz. Szeroki nos, wysokie czoło i głęboko osadzone oczy. Oczy miały kolor krwistej czerwieni. Napastnik  był Wilkołakiem, do tego Alphą. Co dziwne jego styl walki nie przypominał niczego, co Stilinski widział w przeszłości. Nie opierał się na używaniu pazurów i zębów jak u Scotta i reszty. Nie, to była Sztuka Walki. Napastnik wykorzystywał bloki, kontruderzenia, dźwignie i rzuty z morderczą precyzją kogoś, kto doskonale wie, co robi. Do tego używał całej dostępnej mu siły i szybkości. Napastnik i Zabójcy byli zbyt zajęci sobą żeby zwracać na niego uwagę. Stiles wykorzystał to i poderwał się biegiem w stronę drzwi. Ktoś chciał krzyknąć, ale jego głos utonął w charczeniu. Stilinski dopadł drzwi, na szczęście były otwarte. Jak burza wypadł z miejsca śmierci i pobiegł w mrok przed siebie.
Wszystkie te zdarzenia przelatywały mu przez głowę. Próbował ułożyć je w jedną spójną całość. Nigdy nie słyszał o grupie łowców, która potrafiłaby rozpoznać wilkołaka w jego ludzkiej formie. Nie miał pojęcia kim był ten, który zabijał gołymi rękoma jego porywaczy. Stilinski miał jednak wrażenie, że zarówno nieznajomy Alpha jak i porywacze się znają. Nie chodziło tu o nienawiści typu myśliwy-zwierzyna. To było coś więcej. Do tego znowu padało. Stiles nie znał Galway, nie miał pojęcia gdzie się znajduje. Biegł przez las. W okolicy nie widział żądnych świateł. Tylko ciemność i deszcz. Irlandzkie lasy jednak są inne niż te w Stanach. Gęste od wszelkiego rodzaju gałęzi, dołów i kamieni sprawiają, że poruszanie się po nich w ciągu dnia może być niebezpieczne, a co dopiero nocą podczas ulewnego deszczu. Po chwili Stilinski się poślizgnął by za chwile potknąć o kawałek kamienia i jak długi wylądować nosem w błocie. Błyskawicznie poderwał się z błotnistej mazi gotów do dalszej ucieczki, ale to nic nie dało. Nieznajomy z oczami jak dwa rozżarzone węgle stał tuż przed nim.
Stiles był przerażony, wykończony, obolały i przede wszystkim wściekły.
-Kim jesteś i czego ode mnie chcesz?!-krzyknął
Alpha stał spokojnie nic nie mówiąc. W ciemności lasu widać było tylko jego oczy. Po chwili, która wydawała się wiecznością, powiedział.
-Możesz nazywać mnie Brunatny. Właśnie ocaliłem Ci tyłek-Powiedział to tym swoim mrocznym ciężkim głosem aż Stilesa przeszły ciarki.
-Dlaczego mi pomogłeś? I co masz wspólnego z tymi… Łowcami?-Chłopak próbował wymówić obco brzmiącą nazwę, ale nie udało mu się to.
– Hunters noční můry, tak się nazywają. Zarówno sama nazwa jak i zakon, do którego należą pochodzi z terenów dzisiejszych Czech oraz Polski. Ta starożytna, liczące sobie ponad trzy tysiące lat organizacja jest najtajniejszą i najlepszą grupą łowców jaka stąpa po tej planecie. Niewielu wie o ich istnieniu, a jeszcze mniej żyje by móc o tym opowiadać. Skąd pomysł, że mam z nimi coś wspólnego?-Zapytał Brunatny.
-Takie odniosłem wrażenie. Nawet gdy walczyliście, to wyglądało tak jakbyście robili to już wcześniej. Razem.
Brunatny stał nieruchomo. Nie odezwał się do momentu aż jego oczy straciły swój krwawy blask.
-Masz dobry instynkt dzieciaku. Byłem kiedyś jednym z nich-Na te słowa oczy Brunatnego znowu zapłonęły dziką czerwienią. Stiles cofnął się przestraszony jeszcze bardziej.
-Czemu już nie jesteś?-Zapytał Stilinski cichym głosem.
-Mam swoje powody. Teraz to oni są zwierzyn a ja łowcą. Posłuchaj mnie chłopcze. Idź cały czas przed siebie aż zobaczysz drogę. Pójdziesz nią i dotrzesz na obrzeża miasta. To jakieś 6 mil, może trochę więcej. Nikomu a już szczególnie Twoim przyjaciołom z grupy nie możesz powiedzieć o tym, co tu zaszło. To była tylko jedna komórka. Mają je rozsiane po całym świecie. Są zorganizowanie, zdeterminowani a ich środki finansowe są nieskończone. Wiedzą już o Tobie. Będą próbowali dotrzeć do ciebie ponownie. Dla nich nie ma znaczenia kto zginie podczas polowania. Liczy się efekt. Jeśli się wygadasz zauważą to. Użyją każdej możliwej techniki inwigilacji jaką jest obecnie znana. Tej oficjalnej jak i mniej oficjalnej. Komórką, którą wykończyłem podlegała bezpośrednio dowódcy zakonu na całą Europę. To byli jego ulubieńcy. Nie spocznie póki nie dowie się, co zaszło. Wyjdzie z ukrycia a to moja szansa żeby go dopaść. Nie bój się. Ja i moi ludzie nie pozwolimy im was zabić. Jak mówiłem, teraz to ja jestem myśliwym.
Stiles chciał coś powiedzieć, kłócić się, pytać, ale Brunatny odwrócił się i zniknął w ciemności jak duch.
-Możesz mi chociaż powiedzieć, dlaczego zaatakowali taksówkę?-Krzynął Chłopak w ciemność.
Po chwili usłyszał.
-Kierowca był Wendigo. Miał zamiar Cie zabić i zjeść. Zakon uratował Ci życie-Odpowiedziała ciemność mrocznym głosem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.